Gdzie do lekarza w Rzymie? Moja historia

Chorowanie za granicą może być dużo prostsze dzięki zdalnej wideo-konsultacji ze znajomym lekarzem w Polsce.
Słońce świeciło zawzięcie, przez szyby hali przylotów Roma-Fiumicino. Filigranowa istota, ciągnąca za sobą dwie walizki na kółkach z przytroczonym słomianym kapeluszem. W rękach miętolona mapa i kartka z napisem Ettore – to ja.

Jedno jednak było znajome, melodyjny język, który gdzieniegdzie było słychać, który tak bardzo chciałam rozumieć. Po półrocznych staraniach wreszcie samolot zapiszczał na pasie startowym i po kilkunastu minutach znalazłam się w hali przylotów Wiecznego Miasta. Był to początek wakacji. Już niebawem miałam swój pierwszy dzień w nowej pracy.

Teraz nie byłam na wakacjach, i nie jestem tu by uskuteczniać „dolce far niente”. Chcę ułożyć sobie tutaj życie, tak naprawdę i zupełnie na serio. Poznać ludzi w sąsiedztwie, mieć ulubioną kawiarnię i piekarnię. Pozdrawiać ludzi idąc do pracy, uczyć się języka i sposobu bycia włochów. Stać się małostkowa i kłótliwa, machać z pasją rękami, gdy o czymś opowiadam i wydawać ostatnie pieniądze na piękne, zupełnie mi nie potrzebne rzeczy. Mieć całą zgraję przyjaciół z którymi będziemy wspólnie biesiadować i robić wypady za miasto.

Nowe miejsce onieśmielało mnie i przytłaczało. Moje niedawne kłopoty ze zdrowiem na chwilę postawiły wylot pod znakiem zapytania, na szczęście chęć wyjazdu była silniejsza. Jeszcze w Polsce upewniłam się, że w każdej chwili mogę skonsultować się z moim alergologiem i zaprosiłam go do zapisania się do platformy telemedycznej by mógł mieć na bieżąco wgląd w moje wyniki badań. Teraz biegłam przez płytę lotniska i wypatrywałam wysokiego studenta z książką w ręku.

Poznany na portalu couchsurfing, przy okazji pierwszej wycieczki, Włoch imieniem Ettore przyjechał pomóc mi z dotarciem do mojej nowo-wynajętej kawalerki. Poza niezgrabnym „Dzień dobry” Ettore, tak jak dwa lata wcześniej, nie mówił nic po angielsku. Wówczas gdy się poznaliśmy był z nim jego współlokator Claudio i to on głównie pełnił rolę tłumacza, zagajacza. Niestety gadatliwy Claudio był na wakacjach w Padwie u dziewczyny, musieliśmy poradzić sobie sami, a przynajmniej improwizować.

Moje podstawy włoskiego i dobre chęci wystarczyły, aby przywitać się oraz wpół na migi pokazać gdzie mam nowe lokum. Ruszyliśmy w drogę do mojego mieszkania. Wynajęłam je będąc jeszcze w Polsce, przez internet. Na zdjęciach wyglądał wspaniale. Kusząca cena i świetna lokalizacja pomiędzy parkiem a małym targowiskiem przeważyły i zapłaciłam za pół roku z góry. Przez całą drogę z Ettore nie mogłam się doczekać, aż w końcu rzucę bagaże na podłogę i zacznę skakać po łóżku. Widocznie moja ekscytacja emanowała tak bardzo, że włoski przyjaciel cieszył się ze mną mimo bariery językowej. Pędził jak oszalały przez ciasne rzymskie uliczki, nie przejmując się za bardzo sygnalizacją świetlną ani przechodniami. Co rusz wymijały nas kolorowe Vespy, a wtedy on zaciekle walił pięścią w klakson i krzyczał coś po włosku. Teraz już wiem co dokładnie wtedy wrzeszczał i tym bardziej nie powinnam tego cytować.

Podjechaliśmy z piskiem na brukowaną uliczkę, a z bagażnika prawie wysypały się moje walizki. Właściciel już czekał pod klatką. Był to typowy włoski Włoch. Miał sumiaste czarne wąsy, spory brzuch i świdrujące spojrzenie. Taksował mnie obojętnie i pokazał byśmy weszli na górę. Tam ceremonialnie wręczył mi pęk kluczy, który ważył chyba z dwa kilo i pokazał pobieżnie jak odkręca się wszystkie rzeczy w mieszkaniu, które należy odkręcić. A także do czego pasują wszystkie wręczone mi klucze. Niezgrabnie pożegnaliśmy się, po trosze po angielsku i ciut po włosku.

Ponieważ nie miałam czym poczęstować mojego dzielnego pomocnika, zaproponowałam kawę w pobliżu. Jak wyjaśnił na migi był już spóźniony. Szybko się pożegnaliśmy bez ceregieli. Na swój sposób pokazaliśmy sobie, że się zdzwonimy. Po Ettore skrzypnęła tylko brama wejściowa.

Gdy przekroczyłam próg nowego lokum moja ekscytacja ustąpiła niepokojowi. Właściwie co teraz? Nikogo tu nie znam, nie wiem gdzie kupić bilet na autobus, nie wiem gdzie zadzwonić, gdyby nie działała spłuczka, nic nie wiem. Na szczęście w sytuacjach awaryjnych zawsze jest rodzina i znajoma w Mediolanie, a z lekarzem mam kontakt przez Internet. Z moją barierą językową musiałam o to zadbać wcześniej.

Hasło do internetu wisiało na lodówce, postanowiłam od tego zacząć swoją wprowadzkę. Ponieważ chciałam spróbować czegoś typowego wstukałam “trattoria, roma” w Google i wyskoczyło mi kilkadziesiąt knajpek z lokalnym jedzeniem dla „miejscowych”.

Gdy podróżowałam ze znajomymi na studiach po Włoszech zawsze jedliśmy w takich miejscach. Zapamiętałam kraciaste obrusy rozłożone na dosłownie kilku stoliczkach w ciasnym lokalu. Menu napisane kredą na tablicy ograniczone do raptem kilku pozycji. Magia takich miejsc to przede wszystkim lokalne, pyszne składniki każdego z dań, pokrzykiwania na siebie właścicieli i totalnie niezobowiązująca atmosfera. Całość dopełnia zawsze domowe wino.

Na około byli sami Włosi, to znaczy, że dobrze trafiłam. Ponieważ było to mój pierwszy posiłek na obcej ziemi, wzięłam danie główne – gnocchi con tartufi e parmigiano, do tego gelati i un bicchiere di vino rosso. Odetchnęłam, pomimo tego, że na około panował gwar, a słaba wentylacja ledwo mieliła gorące powietrze w lokalu. Na chwilę zapomniałam, że jestem sama i przede mną jeszcze tyle niewiadomych.

Wracając kupiłam w kiosku „Corriere della sera” i puszkę kawy Illy. Planuję jutrzejszy dzień zacząć ze słownikiem w jednej ręce i filiżanką dobrej kawy w drugiej.

Niestety nazajutrz zamiast powoli zgłębiać swoją włoskość i przygotowywać się do pierwszego dnia w pracy, czułam się tak jakbym miała grypę. Potworny katar, jakiego nie miałam nigdy i szczypiące oczy doskwierały tak bardzo, że nie byłam w stanie siedzieć długo przy komputerze.

Nie chciałam więc zostać w domu i szybko wyszłam na świeże powietrze. Z czasem jak oddaliłam się od mieszkania wszystko ustąpiło. Może mam alergię na moje nowe lokum. Cały dzień spędziłam więc poznając Rzym. Ponieważ wszystkie turystyczne must see obskoczyłam poprzednio, mogłam niespiesznie wchodzić w każdą ciasną uliczkę i ciemną dziurę, by chłonąć nowe oblicze miasta.

Do pójścia do pracy zostało mi jeszcze kilka dni. Mam być pomocnicą managera jednej z włoskich restauracji. Praca w branży restauratorskiej była zawsze moim największym marzeniem, kiedy dowiedziałam się od znajomego, że świetnie nadaję się na to stanowisko i nie jest wymagana biegła znajomość włoskiego pamiętam jak poczułam że dostaję skrzydeł.

Mój trzeci dzień w Rzymie zaczął się koszmarnie. Już po przebudzeniu czułam, że coś jest nie tak. Zerknęłam do łazienki bo miałam złe przeczucia. Na mojej szyi i ramionach wykwitły czerwone placki. Miałam opuchnięte powieki i lało mi się z nosa. Choroba, której pokonanie nie tak dawno świętowałam najwyraźniej wróciła. Taki wygląd dyskwalifikował mnie, nie mogłam się gdziekolwiek pokazać, a już w czwartek mój pierwszy dzień w wymarzonej pracy.

W Polsce chodziłam do jednego z lepszych specjalistów w Krakowie, u którego leczyłam się z alergii. Wieloletnia batalia zakończyła się sukcesem kilka miesięcy temu. Przynajmniej tak myślałam.

Trzeba szybko z tym zadziałać. Potrzebowałam kamuflażu, założyłam okulary kapelusz i wybiegłam do pobliskiej apteki. Znów mój słaby włoski przeszkadzał w komunikacji ze starszą aptekarką. Dopiero ściągnięcie okularów i pokazanie plam na rękach dało efekt. Dostałam jakieś tabletki i krem. Niezbyt przekonana co do ich skuteczności postanowiłam skontaktować się z moim alergologiem, który obiecał służyć radą via Internet. Zalogowałam się na TakesCare.com i zabookowałam najbliższy termin konsultacji z doktorem. Na moje szczęście już następnego dnia miałam rozmowę.

W portalu miałam wszelkie wyniki badań z poprzednich lat i historię choroby, nie możliwe, że przez trzy dni pobytu w innym miejscu nabawiłam się nowej. Samodzielne dochodzenie co mi dolega mogło by tylko nabawić mnie paranoi, wszędzie stykam się z nowym. Nowe jedzenie, nowy klimat wszystko właściwie zupełnie inne. Gdybym miała teraz biegać po całym Rzymie w poszukiwaniu przychodni, dukając coś po włosko-angielsku nie sądzę, by za wiele to pomogło. Czas mnie naglił, muszę być w pełni sił idąc w czwartek do restauracji. Moja nowa praca miała jeden haczyk; właściciel zastrzegł sobie miesiąc próbny. Przez ten czas muszę dawać z siebie wszystko i prezentować się najlepiej jak mogę. Każda wpadka może mnie kosztować obiecującą posadę w kraju najlepszej na świecie kuchni.

Nazajutrz rano usiadłam przed komputerem, poprawiłam włosy, i odliczałam minuty. Punkt 9.00 rozległ się dźwięk połączenia. Uśmiechnęłam się na widok znajomej twarzy doktora. Opisałam objawy, pokazałam jak wygląda moja skóra, opisałam mój pobyt we Włoszech, warunki w jakich mieszkam.

Doktor kilka razy pytał o rzeczy, które jadłam i czy miałam styczność ze zwierzętami, o moją okolicę i to jak dokładnie wygląda mieszkanie. Gdy tylko wspomniałam o pobliskim parku zaczął jeszcze raz wertować zbierane przez system wyniki badań i zadał kolejne pytanie: „Czy w Pani okolicy rosną jakieś niespotykane drzewa lub krzewy? Może lawenda albo cyprysy”. Po sekundzie zdziwienia pytaniem, przytaknęłam „Tak, tuż za oknem, w parku jest sporo cyprysów, wszędzie ich pełno w okolicy”.

Powiedział, że prawdopodobnie mamy winowajcę i wyjaśnił, że niestety ale pośród moich licznych alergii na czarnej liście są i cyprysy. Ich pyłek co dzień wlatywał mi do mieszkania przez każdą szczelinę i stopniowo uczulał. Na szczęście była na to recepta. Przy odpowiednio dobranych lekarstwach powinno się polepszyć i nie będę musiała się wyprowadzać. Oczywiście będziemy dalej w kontakcie, póki co moim zadaniem jest pójść do apteki ze szczegółową listą specyfików.

Kuracja szybko zaczęła przynosić pierwsze owoce. W ciągu tego samego dnia ustąpił katar i wrócił smak, co dla mnie jest najważniejsze. Opuchnięcia z twarzy zniknęły przez kolejny dzień.

Dzień w którym ubrałam się w elegancki kostium i wyszłam zmierzyć się z pierwszym dniem w nowej pracy byłam już zdrowa. Mogłam więc na nowo eksplorować Włochy, ich kuchnię i poznawać nowych przyjaciół. Już dzisiaj z Ettore dajemy sobie kolejną szansę na rozmowę, mój włoski jest coraz lepszy więc kawa na Piazza Venezia wydaje się świetnym pomysłem.

Chcesz dbać o swoje zdrowie wykorzystując najnowsze technologie?